Podsumowanie z Festiwalu Meteor z mojej perspektywy: (zdjęcia i filmy dodam później, jak już pozbieram z wszystkich nośników dane)
Wykonaliśmy 2 poprawne loty - SUKCES!
No ale droga do niego była trudna żmudna i męcząca, ale po kolei.
W sumie wszystko zaczęło się we wtorek środę - kiedy zaczęliśmy finalnie przygotowywać rakietę plus wyrzutnię - teoretycznie wszystko było zrobione, ale było pierdyliard drobnych rzeczy do zrobienia - zrób śrubkę tu - wklej nakrętkę tam - dotnij tamte śruby - o cholera, nie ma śrub m4 trzeba jechać do Castoramy. W takiej atmosferze pracy po 12 godzin upłynęła środa, czwartek, piątek. Kuba Lubański, Kuba Jóska, Kuba Maszkowski to byli najwytrwalsi warsztatowcy. Każdy z nas włożył sporo serca w tą rakietę, ale dzięki im trzem mogła ona nabrać finalnego kształtu wtedy, kiedy presja czasu była największa.
Niestety do dnia wyjazdu nie udało się złożyć elektroniki mojej (arduino plus imu plus barometr plus magnetometry). Miałem nadzieję, że uda się to zmontować na miejscu bo to w sumie było tylko około 20 punktów lutowniczych.
Sobota:
Wydział Mechaniczny godz. 6.10 - oczywiście, że się spóźniłem... zbiórka była na 6.00- zaspałem

Pakowanko - wzięliśmy wszystko, co uważaliśmy za słuszne, plus coś co uratowało nam 4 litery w sposób w jaki nie wyobrażał bym sobie, gdybym tego faktycznie nie wziął - przenośny agregat prądotwórczy.
Dojazd na pustynię to easy game w porównaniu do Drawska - jak by się uprzeć to można by było poniżej 2 godzin obrócić. Ale to trzeba mieć duży zbiornik gazu i duży pęcherz:) Wrocław -> A4 -> zjazd na Dąbrowę Górniczą -> Sosnowiec (na szczęście tylko obwodnica

) -> kilka, kilkanaście kilometrów i pustynia. Brak porównania dojazdu Pustynia vs. Drawsko. Jak mam startować w Drawsku to bez noclegu p*****le- nie jadę, cytując klasyka.
Pogoda.
No cóż sobota była z rana znośna, chmury nisko, ale bez deszczu i bez silnego wiatru. W okolicach południa duża burza przeszła bokiem i po południu wyszło słońce i niebo zrobiło się błękitne.
No dobra - dość tej Orzeszkowej opisów przyrody. Pytanie, co myśmy tam pojechali i cośmy tam robili. Przyjechaliśmy i od razu zabraliśmy się do roboty. A w sumie to nie. Najpierw przywitaliśmy się, popatrzyliśmy, kto co przywiózł - wzięliśmy od Adama z PTRu silnik i pogadaliśmy chwilę. Space Forest nie zawodzi i przywiozło rakietę ORKA II - wielka latająca w zasadzie nie wiem co robiło wrażenie... Słowacy mieli pięknie pomalowane rakiety. Potem do roboty. Ekipa z wyrzutnią poszła na rekonesans i rozstawienie wyrzutni. Okazało się, że jest grząsko i zabranie przez nas śledzie były trochę za krótkie. Dodatkowo, linki były trochę zbyt elastyczne - wyrzutnia miała tendencję do drgania w tylko sobie znanych kierunkach.
My na miejscu zrobiliśmy sobie stanowisko robocze i zaczęliśmy składać rakietę. Po drodze chłopaki wykonali jeszcze jeden test separacji na ziemi. Ja miałem nadzieję, że uda mi się poskładać mój logger, no ale jednak ręce się trzęsły, adrenalina nie pozwalała na skupienie i spokojną pracę - odpuściłem. Skoncentrowałem się na komputerze fabrycznym, zintegrowaniu i zapanowaniem nad wszystkimi kabelkami. Udało się. Zapłonniki gotowe, umieszczone w koszyku. Elektronika odpowiada. Zbieramy się i idziemy z górki w dół jakieś 500m po pustyni. Nie wiem jak w innych, ale ja byłem cały bardzo zdenerwowany. (W głowie mam lepsze słowa, ale na potrzeby publicznej wypowiedzi muszę zachować je dla siebie.) Napisać, że emocje więły górę to tak jak by nic nie napisać. Silnik wydawał się potwornie duży. Wielkość dyszy sprawiała wrażenie, jak by chciała rozszarpać całą tę rakietę na strzępy.
Pierwsza próba zamontowania elektroniki przy wyrzutni. Podłączenie pierwszej baterii, komputer odpowiada zgodnie z oczekiwanymi sygnałami dźwiękowymi. Podłączenie drugiej baterii w układzie diod Schotkiego. Wybuch, szok, nie dowierzanie. Szczęśliwie trafiło mnie w brzuch, a nie w oczy. Jedynie to pobrudzona koszulka i smród od prochu. Następuje otrzeźwienie. Trzeba myśleć i chłodno kalkulować. Przypuszczamy powód: skok napięcia od podłączenia drugiej diody. Wracamy i wymieniamy zapłonniki. 15 minut później i jesteśmy z powrotem. Lecimy na 1 baterii. Trzymając koszyk w ręku dochodzi do powtórki z rozrywki - tym razem będąc świadomym, co może się stać nikomu nic się nie stało. Natomiast zostały nam już tylko 3 zapłonniki. Czyli 2 loty plus jeden warunkowy. Wtedy ktoś wpada na pomysł pomiarów napięcia na całym koszu - to chyba był Jarek Dominiak. No to miernik w łapę i faktycznie jest - pomiędzy ramą koszyka, a masą akumulatora i zapłonników jest 0.6V, czyli szybkie obliczenia i wychodzi, że chwilowy prąd przez zapalniki mógł przepłynąć około 600 mA. Wracamy i wszystko ze sobą masujemy. Ostatnie 2 ładunki miotające. Montujemy już kosz elektroniki w korpusie i już w korpusie dochodzi do 3 wystrzału zapłonników. Jesteśmy w kropce. Wtedy z dobrą radą podchodzą Słowacy, który obserwują nasze nieporadne poczynania i pytają jak uzbrajamy rakietę. No to mówimy, że jest uzbrojona na krótko - wtedy oświecenie. Trzeba być Markiem Sawickim czytaj kompletnym idiotą, żeby na to nie wpaść. Dodatkowo otuchy dodaje nam Rafał z Space Forest i PTR jednocześnie, mówiąc, że w razie potrzeby i braku naszych ładunków miotających mogą nam pomóc z ładunkami miotającymi i ich zapalnikami. To mnie osobiście podnosi na duchu. No dobra idziemy się przezbroić na 4 podejście, wyrzuciliśmy totalnie prymitywnie uzbrojenie rakiety przez otwór kamery na skręcane przewody. Już nie chciało mi się lutować dip switch'a. (Faktycznie wyglądam na tych filmikach jak bym się bawił w dentystę:P) Udało się zamocować kosz elektroniki w środku, choć miałem lekkiego stresa, bo kod generowany przez altimaxa nie pasował mi do tego czego powinienem się spodziewać. No, ale dobra. Adam z PTRu uzbraja silnik i przykleja na taśmę zapalnik do Wessex'a. Teraz czas na mnie - rakieta leci na jednym ładunku miotającym zamiast 2. Uzbrojenie się powiodło. Altimax po uzbrojeniu generuje kod odpowiadający oczekiwaniom. Jesteśmy gotowi do startu - wreszcie. Była sporo po 16. My zaczęliśmy walkę po 10. Inni latali w najlepsze, a my się mordowaliśmy z rakietą, która nie chciała nas słuchać. (a może my jej?)
Jesteśmy gotowi do startu. Słyszę zapowiedź startu przez megafon i pytanie: a jak się nazywa rakieta? W sumie poleciała jako noname . Odliczanie - generalnie jestem przygotowany na najgorsze - nerwy biorą górę - nie wiele pamiętam. Widzę tylko jak rakieta rusza po wyrzutni i idzie do góry. Nie jest dobrze -leci na początku niestabilnie, a potem po linii śrubowej. Ale po chwili widać spadochron. Sukces. Jeszcze nie wiadomo nic, po za tym, że uda się znaleźć rakietę oraz, ze w sumie misja zakończyła się mniejszym - większym sukcesem. Podejrzewamy, że głowica mogła odpaść, bo nie było jej widać w trakcie opadania. Po lądowaniu była radość i gratulacje. Wtedy faktycznie ciśnienie z nas zeszło. Dzwoni Adam Grygielski, który z resztą chłopaków poszedł po rakietę i mówi, że rakieta jest cała i nic jej nie jest - wysokość 685 m.
Pozostaje jeszcze kwestia, dlaczego rakieta leciała tak nie stabilnie. Doszliśmy do wniosku, że taśma, która trzymała zapalnik w silniku została na korpusie i przykleiła się od statecznika i to mogło być powodem śrubowego lotu. No dobra skoro rakieta przeżyła z lekkimi tylko wypalonymi dziurami w spadochronie, osmolonymi linkami to postanowiliśmy startować drugi raz. Ale drugi start musiał by się już odbyć na ładunku miotającym PTRu - widziałem jak to działa, ale nie mam pojęcia jak to będzie w naszej rakiecie dlatego decydujemy się na wykonanie naziemnego testu separacji. Wyszło idealnie - dużo lepiej niż z prochem czarnym. Żadnych przypaleń, żadnego dymu, żadnych szkód. Szykujemy się do drugiego lotu. Zamiast naszych ładunków ładunek PTR-u. Wszystko się składa ładnie w całość. Ustawiamy rakietę na wyrzutnię. Uzbrajam rakietę do startu i kod generowany przez altimaxa jest niezrozumiały, a na pewno niewłaściwy. Rezygnujemy ze startu. Zdejmujemy rakietę z wyrzutni i decydujemy się zmienić akumulator, a na pewno zrestartować altimaxa. Widać już zmęczenie u wszystkich podczas rozpakowywania i pakowania rakiety ponownie. Udało się, podejście numer 2. Zbrojenie silnika, zbrojenie altimaxa. Sygnał jest właściwy - możemy lecieć. Lekka taśma przyklejona do dyszy silnika, żeby nie popełnić błędu z pierwszego lotu i jesteśmy gotowi do startu. Drugi lot był dużo lepszy. Wyraźnie zachwiało rakietę po wyjściu z wyrzutni, ale potem już poszła jak po sznurku. Było wyraźnie słychać separację. Lądowanie było w porządku. Wysokość 745 m. Niestety głowica najprawdopodobniej w momencie separacji została uderzona karabińczykiem i była lekko uszkodzona.
Dwa poprawne loty i nierozbita rakieta. Postanowiliśmy na tym zakończyć. Takiej ilości praktyki zdobytej w trudnych bojowych warunkach nie da się wyczytać z książki. Później było dużo rozmów dyskusji, grill i chill na koniec dnia. Z wielką ulgą wyjechaliśmy do Wrocławia.
Tak to wyglądało z mojej perspektywy. Ze względu na ilość stresu, którą miałem jestem świadom krzywego zwierciadła, przez które to pamiętam.
Duże podziękowania dla Krzyśka Gniewaszewskiego za konstrukcję rakiety.
Duże podziękowania także dla Łukasza Gawrona i Bartka Drozda za ciężką pracę przy rakiecie na początku jej powstawania.
Całej reszcie zespołu także dziękuję, bo chyba każdy przyłożył do tego rękę i jest częścią tego sukcesu